Kiedyś moim małym marzeniem była praca w knajpce u Chińczyka :) Praca lub przynajmniej możliwość przebywania tam w roli obserwatora, ale jak najbardziej jawnego, który mógłby zadawać pytania i własnoręcznie wypróbować przynajmniej kilku najważniejszych metod i trików kuchni Dalekiego Wschodu. Bo żeby zostać mistrzem woka, według mnie trzeba urodzić się Azjatą lub przynajmniej praktykować przez czas jakiś w azjatyckiej kuchni. Mimo tego, że większość składników potrzebnych do uraczenia siebie i rodziny "chińszczyzną" można kupić w osiedlowym sklepie, to zawsze brakuje tego czegoś - może dodatkowej łyżki sosu sojowego lub octu ryżowego, może intensywniejszego mieszania w woku albo większego ognia pod nim..
A miało być tak pięknie! Ostatni dzień zimowego lutego od rana budził nadzieję, że to naprawdę będzie ten ostatni dzień chłodu i śniegu w tym roku. Słońce świeciło cudnie i dało się odczuć pierwsze, ciepłe podmuchy wiatru. W ogrodzie znalazłam lekko pogniecione, ale już przeciągające się z zimowego snu, zielone liście prymulek i wychylające się spod resztek śniegu, jak zielone peryskopy, łodyżki przebiśniegów. Zachęcona tym wszystkim przejrzałam swoją szafę, odgrzebując bardziej przewiewne ciuchy, a przy okazji przebrałam bloga w wiosenne wdzianko, a zimowe, "piernikowe" zamknęłam na dnie szuflady ;) Wszystko na marne, bo nadzieja znów okazała się matką głupich... 1 marca, zamiast ciepłego, wiosennego zefirka, przez Europę przetoczył się jakiś okropny huragan o wdzięcznym imieniu Xynthia (zastanawiacie się czasem kto, na jakiej podstawie i w jakim celu nadaje imiona zjawiskom meteorologicznym? ;)) Znowu było zimno i mrocznie :( I nie pozostaje mi nic innego, jak westchnąć z zawodu i na przekór wszystkiemu, pierwszego marca podzielić się z Wami tymi promykami słońca, które udało mi się złapać wczoraj :)
Co ugotować na obiad?? Czasami ta myśl dręczy, męczy i prześladuje mnie od rana. I jak na złość żaden genialny ani dobry ani nawet zwykły pomysł nie przychodzi do głowy. Gdybym jeszcze miała przynajmniej dwie godziny na jego spokojne przygotowanie. Zamiast tego mam niecałą godzinę, aby obiad nie przestał być obiadem i nie zamienił się w kolację. A do tego zupełną pustkę w głowie i ograniczone, podstawowe zaplecze składników w domu. Kiedy indziej do kuchni całkiem mi nie po drodze, bo akurat z torebki wygląda i mami mnie nowa gazetka albo książka, którą przerwałam w bardzo emocjonującym momencie lub za piętnaście minut rozpoczyna się transmisja skoków narciarskich albo ulubiony serial. Taka sytuacja zdarza mi się przynajmniej dwa razy w tygodniu i wówczas pomysł na szybki, smaczny i krzepiący obiad jest na wagę złota. Najczęściej ratują mnie wtedy zupy :)
Schyłek lutego to nie tylko koniec karnawału, początek nowego semestru, definitywny koniec zimy (przynajmniej w teorii i marzeniach :/), ale też słodka chwila i czekoladowe szaleństwo z Czekoladowym Weekendem u Bei :) W tym roku rozpoczęłam go dużo wcześniej - czekoladową delicją i gorącą czekoladą z pikantną szczyptą chili, więc teraz dorzucam jeszcze tylko mega czekoladowe ciasto ze słodkimi kawałkami krówki ciągutki. Jedno jest pewne - bez czekolady o wiele trudniej byłoby przetrwać tę zimę i postulowałabym, żeby w przyszłym roku, w podobnie nieznośnych okolicznościach przyrody, czekoladową akcję przeciągnąć przynajmniej na miesiąc ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)